Go away, go away, you fill my headspace

 

Obrazek

Próbuję przelać myśli na wirtualny skrawek papieru, ale przychodzi mi to z trudem… W słuchawkach rozbrzmiewa ten utwór, jest środek nocy a ja znowu siedzę sama w pokoju…  Słyszę tylko cichy odgłos deszczu uderzającego o szybę. Mam ochotę na kawę, ale niechęć przed wyjściem spod ciepłego koca jest chyba silniejsza.

O czym chciałam napisać? Niby nic się nie stało szczególnego… Może zatem po kolei.

Rozpoczęłam kolejną terapię (od stycznia spotykam się z nowym terapeutą). Każde spotkanie utwierdza mnie w przekonaniu, że zmiana psychologa była najlepszą decyzją, jaką mogłam podjąć. W ciągu zaledwie kilku wizyt pomógł mi przeanalizować więcej problemów i spraw, niż poprzednia terapeutka przez całe miesiące. Wypełniłam też test przymiotnikowy… Nie spodziewałam się, że pojedyncze słowa, jakie zakreślamy, mogą dać tak przeszywający obraz naszych problemów. Gdy analizowaliśmy wyniki, siedziałam ledwo trzymając się w fotelu, ze szczęką rozwaloną na podłodze… Im falling… (właśnie w słuchawce) Breath me…

K. Mieliśmy sporo problemów ostatnio… On przechodził bardzo trudne chwile, jego reakcja na to wszystko odbiła się rykoszetem na mnie, trafiając niestety na kolejny nieodpowiedni moment… Ani ja, ani on nie zachowywaliśmy się w porządku. Obecnie ta sytuacja jest już wyjaśniona, ale szczerze mówiąc – dalej nie mam pewności na czym stoję. Nie wiem tylko na ile są to uzasadnione obawy i lęki z mojej strony, a na ile jedynie bezpodstawnie wyciągane wnioski… Wiele bym dała, by K. odnalazł w sobie tego mężczyznę, jakim był jeszcze rok temu… Go away, go away… (właśnie zabrzmiało z playlisty…) 

Trafiłam do lekarza idioty. Nie mówię tutaj o moim lekarzu prowadzącym, bo pani Wolska jest cudowną osobą. Los zaprowadził mnie na badanie do innego psychiatry, niby rutynowe, 20 minut i po sprawie. Jeśli faktycznie siedziałam w tym piekielnym gabinecie 20 minut, to był to najdłuższy ułamek godziny w moim życiu… Wybaczcie słownictwo, ale tak popieprzonego człowieka (a co dopiero lekarza!) nie spotkałam już dawno. Co mnie uderzyło, to kompletny brak szacunku do pacjenta, od gościa po prostu waliło z każdej strony pogardą do mnie. Wyszłam stamtąd roztrzęsiona, emocje musiały znaleźć upust… Po wszystkim spacerowałam długo, próbując powstrzymywać łzy (zimowa aura najmniej mi w tym wszystkim przeszkadzała…). Kilka dni po wszystkim coś mnie tknęło, by wygooglać nazwisko tego lekarza. Okazało się, że nie byłam pierwszą osobą tak przez niego potraktowaną… Dziękowałam w duchu, że rok temu trafiłam do mojej lekarki, a nie do tego gbura…

You take my confidence (…) Soldier, shine on… Co się działo ze mną? Cóż, czuję się jak królik doświadczalny. Kilka miesięcy temu, gdy do leczenia włączono mi Convulex (lek przeciwpadaczkowy, stosowany także w leczeniu choroby dwubiegunowej) usłyszałam, że za mało jest danych by potwierdzić diagnozę, ale to może mi pomóc. Ok… Do tej pory nie jestem pewna, czy to tylko depresja, czy jednak dwubiegunówka… Moje zachowania też są nietypowe. Zdecydowanie o wiele dłużej występują u mnie stany depresyjne. Po nich zazwyczaj chwilowa, nieznaczna poprawa, pozwalająca próbować w miarę normalnie funkcjonować lub ratować to, co jeszcze nie legło w gruzach. Zauważyłam, że największą ulgę w tym czasie daje mi tworzenie. Bardzo dużo piszę, staram się fotografować, szkicuję… Przelewanie myśli, proces twórczy, wysiłek intelektualny – tak. To mi pomaga. Daje ulgę i poczucie, że nie jestem całkowicie bezwartościowa… Następnie okres flow. Kilka dni, czasem dwa, trzy tygodnie. Wtedy mniej sypiam, mam sporo pomysłów, siły, zapału. Wszystko zaczyna iść całkiem nieźle, a ja (w opinii innych) staję się ekspertem od spraw beznadziejnych. Jest ok. Czuję się wtedy świetnie, tryskam radością, mam apetyt na życie. Przynajmniej do momentu, kiedy nie zacznę tracić znowu sił… Tak, jak ostatnio. Chyba znowu zjeżdżam… Wiem, że to przejściowe, mam taką nadzieję, ale wiem, że za kilka dni/tygodni znowu będę przechodzić przez to wszystko, co opisywałam w ostatnich postach. Przygnębienie, okropny smutek, bezsilność, rozpacz, myśli samobójcze…

Najbardziej bawi mnie fakt, że wszystko mam to wykute na blachę. Teoria (na psychiatrii sądowej rozbieraliśmy takie przypadki na czynniki pierwsze) podparta własnym doświadczeniem. Dopóki nie zjadę w dół, będę w stanie na trzeźwo analizować to, co się ze mną dzieje i reagować (kontrolować w miarę możliwości swoje zachowanie). Jednak prędzej czy później zjadę całkowicie i dopóki ta szmata nie odpuści, będę się bić sama ze sobą – ja, mój umysł analityczny, pełen wiedzy i terminologi i ja, alter ego rozemocjonowane, słabe, neurotyczne, karmiące się rozpaczą i wszystkim, co dalekie od nauki, faktów i rozumu… Soley, Preety face

     

 

Tak bardzo…

 Od kilku lat próbuję udowadniać sobie i innym, że mimo wszystko jestem silna. Na zewnątrz noszę maskę kobiety, która trzyma na dystans… Potrafię budzić sympatię, zaufanie, ale wyznaczam granice, które pozwalam przekraczać dopiero pod pewnymi warunkami. Gdy przekroczysz, pokażę serdeczność, ciepło, troskę… Rok temu ktoś właśnie przekroczył tę granicę, wpuściłam do środka… Dziś z bólem stwierdzam – są dni, kiedy tego żałuję. Potrzebuję miłości, czystej, bezwarunkowej, podszytej taką wysmakowaną fascynacją… Relacji, która na równych zasadach będzie przyjmować i dawać. Potrzebuję szacunku – do siebie samej, bo cholerna dep…ja skruszyła jej resztki. Niestety, coraz wyraźniej widzę, że osoba, którą wpuściłam do swojego świata nie jest w stanie ani się mną zaopiekować, ani okazać kredytu cierpliwości i wiary we mnie… Czuję, że zostałam pozostawiona sama sobie. Tak bardzo chciałabym się mylić… Kocham go…

To już prawie rok

To już prawie rok, odkąd dowiedziałam się, że choruję na depresję. Jeśli miałabym ten rok podsumować, pełno byłoby w nim skrajności… Patrząc na siebie i swoje życie widzę z perspektywy czasu, jak bardzo cyniczna jestem. Prowadzę podwójne życie.

 

Na co dzień dla znajomych czy rodziny jestem znaną im Justyną, uśmiechniętą, mającą tyle planów… Patrzą z boku na mnie i myślą ‚wszystko ok, zakochana, zdolna, ambitna’. Taka chciałabym być. Może i taka jestem, a z pewnością taką staram się pokazywać innym…  A co z moją drugą twarzą? Niepewna siebie i swoich umiejętności, zakompleksiona, pełna strachu (chociaż sama do końca nie wiem przed czym…), smutku… Zagubiona, czująca się niepotrzebną nikomu… Tak, bardzo często zamiast po prostu odezwać się do znajomego, wmawiam sobie, że nie zrobię tego, bo będę tylko mu przeszkadzać… Czytając to wszystko widać w tym absurd, ale tak naprawdę jest i w chwili, gdy próbujesz walczyć sam ze sobą, nie jest to absurdem, lecz gorzką codziennością. Ta gorycz każdego dnia zabrania Ci przyznać się swojemu chłopakowi, że tęsknisz, że smutno Ci, że chcesz by Cię tak po prostu przytulił… Zabrania sprzeciwić się czyjejś namowie, ale i wyjść do ludzi. Zamyka w pokoju i każe pogrążać się w nienawiści do samego siebie. Podpowiada, że łykanie tabletek lub wizyta u lekarza jest bez sensu, skoro od roku nie przynosi większych efektów i wmawia, że powinieneś ulżyć i sobie i innym, raz na zawsze znikając z tego świata. I mimo, że w święta uśmiechasz się do bliskich i w duchu dziękujesz, że mimo wszystko było Ci dane przeżyć jeszcze tegoroczne święta (bo przecież tyle razy miałeś zamiar ze sobą skończyć i byłeś bardzo bliski temu) to po powrocie do swojego pokoju ta dziwka znowu Cię dopada… Bierze w ramiona, izoluje od 90% racjonalnych myśli i wmawia, że możesz próbować żyć normalnie, ale ona i tak nie da za wygraną. I nie daje. Zapycha Ci głowę tylko jednym… Tym, co zawsze. 

 

Po samobójczej śmierci kogoś młodego bardzo często słyszy się zdumienie w ludzkim głosie. Że co go popchało do takiego kroku… że młody był, że ambitny, że tyle planów, taki mądry, że mu się układało. Tak, patrząc na taką osobę z boku, z perspektywy obserwatora – z pewnością tak właśnie było. Ba, nawet bliscy bardzo często nie są w stanie dostrzec, że coś jest nie tak… Terapeuta powiedział mi na jednym ze spotkań, że osoby chorujące na depresję i mające zaburzenia osobowości (czytaj: m. in. ja) są znakomitymi aktorami. Grają przed wszystkimi, że jest ok. A nie jest…

 

To był trudny rok. Cholernie mroczny, cholernie wyczerpujący i swoimi „umiejętnościami aktorskimi” musiałam posługiwać się niemal codziennie… Nie skłamię, jeśli powiem, że bardzo mnie ten rok wyczerpał… Najpierw męczyłam się sama ze sobą nieświadomie, a przez to sama sobie dokopywałam, bo jak urodzona perfekcjonistka może być tak nieidealna przed samą sobą? Gdy dowiedziałam się dlaczego (czytaj” gdy usłyszałam diagnozę) świat wywrócił mi się do góry nogami… Tyle co weszłam w związek z kimś, kogo pokochałam (a nie łatwo było mi zaufać, pokochać i przyznać się samej sobie, że potrzebuję tej miłości…) a tu lekarz mi mówi, że to depresja, że przyszłam niemal w ostatniej chwili… że zaburzenia osobowości i leczenie przede mną. Dodatkowo problemy na uczelni, bo mój stan był naprawdę kiepski… czułam się po prostu psychicznie wycieńczona, a to pociągało problemy także stricte fizyczne. Z trudem przebrnęłam przez sesję zimową, opuściłam mnóstwo zajęć, letnią niemal zawaliłam. Pretensje do samej siebie rosły w zastraszającym tempie. Poczucie bezwartościowości także… Hasło przewodnie tego roku – jesteś cholernym balastem… Trudne lato, które spędziłam ryjąc do poprawek i próbując wygrzebać się jakoś z tego bagna. Wrzesień i październik pod znakiem egzaminów i zaliczeń, na szczęście zdane… Wiem, że mogę to zawdzięczać tylko samej sobie i sam fakt, że temu podołałam powinien być czymś, co normalnego człowieka pocieszy i zmotywuje… Mnie – przeciwnie. Nie mogłam się po tym pozbierać, byłam wycieńczona… Nie miałam często siły by wyjść nawet z pokoju czy z łóżka… Co gorsza, On musiał na to patrzeć… Straciłam do siebie całkowicie szacunek, bo tak daleko byłam od tego pieprzonego ideału dziewczyny, jaką chciałam dla Niego być i jaki dominował w mojej chorej głowie… Nie potrafiłam się niczym cieszyć… Jedyną ucieczką od tego wszystkiego i próbą ogarnięcia bagna w jakim się znajdowałam było blogowanie. Prowadzę drugiego bloga, już od jakiegoś czasu, typowy lifestyle i rozwój osobisty… Poświęcam mu sporo czasu, sam blog staje się coraz bardziej popularny i rozpoznawalny, ale żaden z czytelników nawet nie przypuszcza, że mam depresję i takie problemy ze sobą… Nie chcę o tym mówić w tamtym miejscu. Tam chcę być tą uśmiechniętą dziewczyną z sąsiedztwa, która chce się rozwijać, pisze, fotografuje, jest ambitna i ciekawa świata… Wierzę, że taka w głębi duszy jestem i aby do tego całkowicie dojść, muszę zwalczyć zgniliznę depresji, jaka się we mnie panoszy. „Urodzona aktorka”… Z boku – wszystko jest w porządku… Nawet mój terapeuta z tego szydził – na każdym spotkaniu zaczynał od pytania „Pani Justyno, co u Pani? Jak minął tydzień, jak się Pani czuje?” na co zawsze odpowiadałam po prostu „Dziękuję, dobrze” po czym często „tylko znowu chciałam zniknąć z tego świata…”

 

To był trudny rok… Mimo wszystko muszę zaliczyć go do udanych. Możecie czuć się tym zdziwieni, ale tak, był udany… dlaczego? Ponieważ mimo tego całego syfu ciągle tu jestem. Ciągle żyję, ciągle piszę dla Was. A to oznacza, że jednak – wbrew wszystkiemu – byłam silniejsza od tej dziwki i nie przegrałam. Nie tym razem…  

Bliskim mów gdyby pytali, że…

…chwilowo zmieniłam adres, że w niebie leczę duszę z silnego przedawkowania rzeczywistości” ~ Nosowska

To nie był dobry dzień… Coś po prostu pękło, jak szkło pod naporem… I nawet nie wiem, kiedy dokładnie. I we mnie i w nim kumulowały się negatywne emocje, którym nie dawaliśmy w porę ujścia. Wiem, że K. jest bardzo trudno z tym wszystkim… Tym bardziej  czuję się wszystkiemu winna.

Czuję winę widząc jak to, co ze mną się dzieje rujnuje wszystko wokół, a tym bardziej czuję się winna słysząc to od niego. Nigdy nie chciałam, by moje życie wyglądało tak, jak wygląda właśnie w tym momencie. Czuję, że „jadę na oparach”. Zagłuszam te wszystkie złe myśli tylko na chwilę, na dzień, dwa, trzy, gdy niby wszystko jest w porządku, gdy sama wmawiam sobie, że jest ok, jest spokojnie, daje radę… Nie, nie jest. Nadchodzi dzień, jak dziś i trach! Szkło pękło, rozsypane wszędzie, a ja nie potrafię się pozbierać.

Wiele razy obiecywałam, że nic sobie nie zrobię, Że dam radę, że poradzę sobie z tym… W takie dni jak dziś chętnie cofnęłabym te obietnice. Zastanawialiście się kiedyś, co popycha człowieka do samobójstwa? Ja często… Tu pewnie nigdy odpowiedź nie będzie identyczna, bo ile osób, tyle problemów, ale jednego mogę być pewna… tego, co czują takie osoby na chwilę „przed”… Miliony uczuć i myśli kłębiące się w głowie… Tęsknota za wewnętrznym spokojem. Chęć ulgi… Ukaranie siebie samego za krzywdę, jaką wyrządziło się innym… Żal… Osamotnienie…Poczucie niemocy i beznadziejności… Poczucie końca ale i tęsknota za marzeniami, które kiedyś chciało się spełnić… 

i wiele, wiele innych… oczy mam pełne łez, w tle słyszę „Mru Mru” Hey… „…nie ma mnie tu, duch ciało opuścił…”

I zastanawiam się, czy to ma sens? Wierzę, że ludzie są istotami duchowymi, posiadającymi ciało, a nie odwrotnie… skoro chcę ulgi, śmierć jej nie przyniesie, bo to, co mnie trawi od środka dotyczy ducha, a na ciele jedynie się odbija… Kusi mnie strasznie, by się poddać. Czuję się sama w tym wszystkim, co jeszcze bardzie pogarsza sytuację, ale maleńka iskra nadziei jeszcze we mnie nie zgasła… poczekam, może przeczekam… oby tliła się jak najdłużej

Czego wstydzi się chory na depresję?

Wstyd, to oprócz poczucia winy i dogłębnego smutku chyba jedno z uczuć najczęściej towarzyszących osobom chorującym na depresję. Skąd się bierze?

tumblr_static_alone-black-and-white-girl-photography-favim.com-319389

Polskie społeczeństwo ciągle jeszcze (przynajmniej w sporej części) stygmatyzuje osoby borykające się z problemami psychicznymi. Są one często uważane za gorsze, za „świry”, „psycholi”. Koledzy, którzy dowiadują się o chorobie, często urywają kontakt lub w dużej mierze go ograniczają. Kończą się znajomości, a te, które przetrwały, sprowadzają się najczęściej do podszeptów „weź się w garść”, „nie dramatyzuj”, „nie jesteś chory, chcesz tylko zwrócić na siebie uwagę”. Chyba gorszych rzeczy osoba chora usłyszeć nie może…

W moim przypadku nie było lepiej. Wstyd było mi się przyznać do choroby przed rodzicami czy rodzeństwem. Wśród znajomych tylko nieliczni wiedzą, co tak naprawdę się ze mną dzieje. Było mi po prostu wstyd. Sama usłyszałam od ówczesnej przyjaciółki „chcesz zwrócić tylko na siebie uwagę”. Nie muszę chyba dodawać, że już się nie przyjaźnimy…

Wstyd mi przed rodzina, znajomymi, chłopakiem… Wstyd, że jestem chora. Że nie radzę sobie z własnym życiem. Że tak często K. musi mnie widzieć w tak parszywym stanie. Wstyd, że przez chorobę nie potrafię być dobrą siostrą, córką, dziewczyną… Sobą.  Wstyd powoduje coraz większe wyrzuty sumienia i poczucie winy. Wszystkie te emocje kumulują się i wybuchają w chwili, gdy mamy najmniej sił, by się przed nimi bronić. Jaki jest tego efekt? Załamanie, próby wyładowania emocji… Tniemy się, walimy głową w ścianę, głodzimy lub odwrotnie – objadamy, wymiotując potem… Wierzymy, że musimy się ukarać za to, że stanowimy takie ciężar dla bliskich. Myślimy o śmierci i niekiedy ją wybieramy…

 

Pogubiłam się

Pogubiłam się.

 

Rok temu potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: kim jestem? co chcę osiągnąć? czym się zajmuję? jakie mam marzenia, plany? Przez rok niby wiele się nie zmieniło (przynajmniej dla osób, patrzących na to wszystko z zewnątrz), ale w środku… chaos. 

 

Rok temu wydawało mi się, że wszystko jest na swoim miejscu. Wszystko było poukładane. Trzymałam krótko samą siebie. O tej godzinie wstaję, o tej siedzę nad norweskim, od tej do tej uczelnia, potem spotkanie z K. który wtedy nie był jeszcze moją drugą połówką… K. twierdzi, że to, jak wtedy organizowałam sobie życie nie było dla mnie dobre. Fakt, nie było, bo w ten sposób zagłuszałam te wszystkie sygnały, z których wynikało, że mam problemy ze sobą, z depresją… Dowalałam sobie kolejne rzeczy do zrobienia, a po całym dniu szłam do łóżka i godzinami płakałam w poduszkę, lub siedziałam zapłakana na balkonie, patrząc nieobecnym wzrokiem w ciemną pustkę przede mną… Pewnie długo bym tak nie pociągnęła, ale mimo to, czułam, że istnieją ramy, dzięki którym to wszystko ma jednak jakiś sens… 

A dziś? Jakiś czas temu odpuściłam sobie życie z kalendarzem… Miało mi to wyjść na dobre. Terapeutka uważała, że moja „zadaniowość” źle na mnie działa. Że traktuję chorobę jako zadanie z określonym celem „wyeliminować”, a nie jako okazję, do spojrzenia w głąb siebie, zastanowienia się nad tym, skąd się wzięła… Może i miała nieco racji, ale w co ja miałam zaglądać? Wewnątrz? Czyli w co? W to całe bagno wypełnione chorobliwym brakiem pewności siebie, kompleksami, wmawianiem sobie, że im więcej ogarnę, tym bardziej będę szczęśliwa, że muszę sprawić, by rodzice byli ze mnie dumni, by w końcu usłyszeć od mamy, że docenia to, jak układam sobie życie (a raczej jak próbuję…). W obawy, że jestem dla wszystkich ciężarem, że przeze mnie K. nie zrealizuje swoich marzeń, że pociągnę go w dół…? Nie chciałam się w to zagłębiać… To wszystko cholernie mnie boli i przeraża. A przy tym, straciłam swoje ramy… Punkty odniesienia. Powoli, wręcz niezauważalnie dla mnie, to wszystko, co robiłam traciło sens. Dziś już nie wiem, po co studiuję, po co chciałam osiągnąć rzeczy, które rok temu sobie założyłam… Gdy o tym myślę, mam przed oczami tylko jakieś obce twarze, które krzyczą „I tak Ci się nie uda! I tak wszystko spieprzysz!”

Próbuję. Czasami próbuję wrócić do tego „zorganizowanego” życia… Widzę, że wtedy po prostu udaje mi się zrobić kilka kroków na przód, ale mimo to – często brakuje mi siły, by w tym wytrwać… W ogóle, ostatnio brakuje mi siły na wszystko. Czuję się wypruta z najmniejszej cząstki energii. Wszystko, co czuję, jest takie… skamieniałe… Nie czuję radości, przyjemności… Smutek ma ostre krawędzie i za każdym razem, gdy przychodzi (a zdarza się to często – zbyt często) kaleczy mnie od środka… Zastygam i po prostu tkwię w tym wszystkim. Wiele wysiłku muszę włożyć w to, by się ogarnąć, podnieść, wstać z łóżka… Odpowiedzieć na pytanie K. czy wyjść do kuchni, by coś zrobić, wyjść na uczelnię, na zakupy, wsiąść na rower… Działam jakby na autopilocie. Próbuję się przebić przez tą skorupę, ale jest mi ciężko… 

 

Chciałabym móc tak po prostu uśmiechnąć się do K. i pożartować. Zdarzają się dni, kiedy tak, udaje mi się, ale o wiele więcej jest tych, kiedy bez powodu płaczę… Nie wiem dlaczego, to dzieje się po prostu, a widzę jak on tego nie lubi… Przez to rodzą się kolejne pretensję do samej siebie, kolejne wyrzuty sumienia i jeszcze więcej łez… A on musi na to patrzeć. Czuję się wtedy cholernie żałośnie. Okropnie… Nie wiem sama dlaczego on jeszcze w ogóle ma do mnie jakikolwiek szacunek. Sama już dawno straciłam jego resztki wobec samej siebie… 

Pogubiłam się. Chcę sobie pomóc, ale nie wiem jak… Nawet zadzwonienie do ośrodków, by znaleźć nowego terapeutę bywa trudne. Nie dlatego, że nie chcę… Każdy każe czekać, dzwonić za kilka dni, za tydzień, „może coś się zwolni, może znajdzie się miejsce”. Wiem, że potrzebuję pomocy już, teraz. I mam tylko nadzieje, że znowu nie trafię na kogoś, kto zatrzyma mnie w martwym punkcie…

Jesienne rozterki

Witajcie

 

Ostatni post, jak i ostatnie tygodnie były w moim życiu bardzo barwne. Po okresie przewlekłego smutku, jaki towarzyszył mi w wakacje (może i o tym nie wspominałam tutaj, ale tak było… kto nie doznał depresji, temu ciężko będzie zrozumieć jak czuje się osoba zanurzona w mrocznym oceanie rozpaczy, trzymana pod taflą tej „wody” przez chorobę, nie mogąc złapać tchu w płuca…) nastąpiły 3 tygodnie poprawy. To była dla mnie diametralna zmiana. W ciągu kilku dni po prostu budziłam się każdego dnia weselsza. Każdy poranek przynosił po prostu spokój, coraz bardziej ogarniający moje ciało SPOKÓJ. Po tym przyszła ekscytacja – zdałam bardzo trudny egzamin, dostałam ciekawą propozycję współpracy, mój K. zaczął czuć się lepiej i chyba widząc, jak poprawia się mój nastrój, sam doznawał coraz większej ulgi (to silny mężczyzna, nie tylko fizycznie ale przede wszystkim psychicznie… wiem, jak wiele kosztuje go mój stan, towarzyszenie mi w mojej chorobie i bycie moja ostoją – za to ciągle Go podziwiam…). Życie zaczęło nabierać barw. Czułam się w końcu choć odrobinę SZCZĘŚLIWA. Nie potrafię opisać tego stanu – ciężko mi znaleźć słowa na opisanie tego, co czuje człowiek, który po wielu miesiącach tkwienia w depresji w końcu czuje spokój i szczęście. Uwierzyłam, że to poprawa. Nieważne, czy to zasługa wenlafaksyny czy kwasu walproinowego… Ważne, że jest ze mną lepiej.

 

Było. Mam nadzieję, że to przejściowe objawy, ale dziś nie potrafię powstrzymać płaczu. Nie kontroluję go – znowu… Znowu czuję się przybita, otępiona… Od 3 tygodni nie miałam z tym problemu, a teraz, dziś, pojawiły się znowu. Wkurzam się na siebie. Biorę regularnie leki, przykładam się do terapii, nauczyłam się o wiele lepiej reagować na sytuacje stresowe, a mimo to – znowu czuję TO. Boję się, że to znowu się nasili… Mam nadzieję, że nie, ale obaw nie potrafię ukrywać. Ciągle boję się swojej choroby, mimo że tak często odgrywam twardziela przed sobą i innymi. 

Mała porcja motywacji

Wiem, że depresja nie napawa człowieka chęcią do okazywania radości, ale nie można się poddawać. Dzisiejszy dzień po raz kolejny uświadomił mi, jak wiele osób cierpi z powodu tej choroby… Nie chcę, by moja młodość wyglądała jak pasmo niechcianego smutku i mimo, że często nie mam wpływu na to, jak się czuję, dziś – w małym przypływie energii – zamieszczam te dwa motywujące zdjęcia. 

Uszy do góry, trzymajcie się ciepło!

ObrazekObrazek

Błędne koło

Wprawdzie nie planowałam tego posta, ale widocznie i o tym warto wspomnieć. Nie przypuszczałam, że tak trudno będzie mi zapanować nad sobą (!). Nie, nie próbuję być śmieszna. Nie próbuję też wmówić nikomu, że dobrze jest kontrolować świat wokół i siebie samego. Ja po prostu należę do osób, które próbując kontrolować siebie, swoje życie i każdy szczegół dnia, na oślep zatracają się w perfekcjonizmie, dodając sobie kolejnych wyzwań (wyzwań! bo to nieźle brzmi… zamień problem na wyzwanie a zapanujesz nad sytuacją…) – obudziłam się z przysłowiową ręką w nocniku. Bo im bardziej próbujesz przejąć kontrolę nad swoją chorobą, tym większa szansa, że pokaże Ci ona język i popuka w czoło.

Ważne jest, by dbać o regularność przyjmowania leków, sumiennie podchodzić do terapii i szukać (jak najwięcej szukać!) alternatyw dla leczenia depresji i próbować ich działanie (wiedzieliście, że np. hodowanie roślinek pomaga zdrowieć? słyszeliście o dziurawcu?), ale należy sobie uzmysłowić, że musimy dać sobie kredyt (i to wielki…) cierpliwości. 

Sama wpadłam w błędne koło. Regularnie łykałam garście tabletek, co tydzień biegałam na terapię, przygotowując się do niej każdego dnia. Czytałam, szukałam i znowu czytałam o najróżniejszych sposobach walki z chorobą, śledziłam blogi chorych osób, by wiedzieć, na co się przygotować i wydawało mi się, że panuję nad sytuacją. Że wiem, czego jeszcze spróbować, by sobie pomóc. Jak zareagować, gdy z jakiegoś powodu stan się pogorszy. I co? I nic. Dostałam bolesnego kuksańca, bo Jaśnie Wielmożna Deprecha zachciała utrzeć mi nosa. I udało jej się. Znokautowała mnie. Powaliła na deski i rozdeptała jak robala. I żaden plan, który sobie tak misternie układałam, nie pomógł mi w chwilach, gdy wybuchałam płaczem z irracjonalnych powodów, głowa odmawiała mi posłuszeństwa, bo była zbyt ciężka i zbyt bolała, by móc funkcjonować (wasze głowy też mają czasami ochotę eksplodować i ostentacyjnie Wam o tym przypominają non-stop przez kilka dni?), a każdy przedmiot czy sytuacja nasuwały jedno skojarzenie – autodestrukcja…

W takich okresach mam ochotę rozkwasić sobie głowę o ścianę. Gdy jest zbyt dużo osób wokół, uciekam pod długi prysznic – zamykam się w łazience, odkręcam wodę i płaczę tak długo, jak długo starcza mi sił (szum wody zagłusza na całe szczęście mój histeryczny płacz…). Cienie pod oczami maskuję makijażem, który i tak niewiele ukrywa. Walczę ze sobą, by nie połknąć znowu o kilka tabletek więcej, niż mam przykazane (perspektywa bardzo długiego snu kusi, a w takich chwilach – najbardziej kuszące jest to, że czasami można się z niego nie obudzić…)    

I z każdą minutą nienawidzę samej siebie coraz bardziej… Mam ochotę rozdrapać sobie nogi do krwi, ale całe szczęście nie mam na to siły. Z resztą, nie mam jej nawet na otwarcie szamponu czy żelu pod prysznic. Albo na utrzymanie kubka z herbatą… I powstaje błędne koło,bo im bardziej chcę nad tą sytuacją zapanować, tym bardziej się frustruję, a im większa frustracja, tym większa złość i nienawiść do samej siebie…  Im bardziej kogoś kocham, tym bardziej się odsuwam (bo przecież nie mogę tej osobie przeszkadzać, jestem tylko ciężarem, beze mnie będą szczęśliwsi…). Im więcej nadziei, tym więcej zawodu. Błędne koło… 

Początki depresji – objawy

Nie mam zamiaru przytaczać tutaj skopiowanych artykułów, jakie wyświetlają się po wklepaniu w google hasła ‚objawy depresji’, bo skoro tu jesteście, to zapewne i ten etap poszukiwań macie już za sobą ;) W tej notce napiszę, jak u mnie rozwijała się ta choroba i jakie objawy pojawiają się najczęściej – a w konsekwencji, co prawdopodobnie spotyka lub spotka Was lub Waszych bliskich. Gotowi na wyliczankę?

  • problemy ze snem – z dnia na dzień kładłam się coraz później, lub specjalnie szukałam sobie kolejnych zajęć, przy których czas zleci mi niepostrzeżenie. W skrócie – po prostu nie chciało mi się spać – czułam zmęczenie, ale sen nie przychodził, zatem skoro nie przychodzi – trzeba się czymś zająć. W konsekwencji dochodziło do tego, że sypiałam po 3 – 4 godziny na dobę, a gdy udawało mi się przesypiać dłużej – w trakcie kilkakrotnie się budziłam, sen był po prostu płytki i ciężko było mi ponownie zasnąć. Zdarzały się także sytuacje odwrotne – szczególnie w okresach, gdy całkowicie spadał mój nastrój – wtedy zdarzało mi się przesypiać po 12 godzin i wstawać z ogromnym bólem głowy i zmęczeniem, by za kilka godzin zasnąć ponownie
  • płaczliwość i rozdrażnienie – najmniejszy problem potrafił wywołać u mnie łzy, niekiedy nawet jedno błahe słowo czy zdanie. W konsekwencji doszło już nawet do tego, że potrafiłam się rozpłakać tak po prostu, chociażby w trakcie rozmowy z inną osobą – dyskutujesz o czymś i czujesz, że po Twoich policzkach spływają łzy – i w tym momencie spada totalnie Twój nastrój, a Ty wpadasz w panikę, bo sam nie rozumiesz swojego zachowania…
  • bóle głowy, zawroty, nudności, wymioty – które usprawiedliwiałam sobie stresem, migreną lub chwilową niedyspozycją
  • brak apetytu, spadek masy ciała – to także usprawiedliwiałam sobie stresem, dopóki nie sprawdziłam w końcu swojej wagi – okazało się, że w rok ubyło mi 15 kg, bez jakiejkolwiek diety czy ćwiczeń. Potrafiłam całymi dniami wlewać w siebie płyny (mnóstwo kawy, herbatę, wodę mineralną, napoje energetyzujące) zmuszając się przy tym do przynajmniej jednego posiłku (najczęściej była to mieszanka płatków owsianych, otrębów, crunchy i owoców z jogurtem – na nic innego nie miałam wtedy ochoty, ewentualnie jeszcze na warzywa). Nie odczuwałam głodu i próbowałam jeść po prostu z rozsądku, z resztą, ciągle jeszcze przez to przechodzę
  • wypadanie włosów – po raz kolejny usprawiedliwiane stresem i osłabieniem. Bywały okresy, gdy włosy były dosłownie wszędzie – wypadały garściami, pomimo przyjmowanych suplementów wzmacniających (brałam chociażby Vitapil czy CP) i pielęgnacji (różnego rodzaju maski, odżywki, jedwab)
  • poczucie winy i niska samoocena – potrafiłam obwinić siebie dosłownie o wszystko – o jakiekolwiek potknięcie swoje czy bliskich, często nawet wtedy, gdy nie miałam na daną sytuację jakiegokolwiek wpływu. Ponadto towarzyszyło mi okropne uczucie – ciągle wydawało mi się, że wszystkim przeszkadzam. Że nie powinnam wychodzić z propozycją spotkania z przyjaciółką, bo ona pewnie i tak ma mnóstwo na głowie, masę spraw, nauki, pracy, problemów i nie ma czasu na spotkanie ze mną.. przecież ja mogę poczekać. Ciągle w głowie snułam sobie takie tłumaczenia. Gdy już dochodziło do spotkań czy odwiedzin, bałam się o cokolwiek pytać czy prosić, rozmawiać na pewne tematy – by nie robić nikomu kłopotu lub nie stawiać w kłopotliwej sytuacji…. Co do samooceny – nienawidziłam siebie za wypadające włosy, za swoją słabość, płaczliwość, za perfekcjonizm, który tak często mi przeszkadza… Nienawidziłam siebie za to, że na własne życzenie się alienuję. Ciągle po sobie jeździłam – to było silniejsze ode mnie
  • ciągłe zmęczenie – odczuwałam je często tuż po przebudzeniu. Kawa już dawno na mnie nie działa, z resztą na to uczucie zmęczenia mało co działało. Dodatkowo czułam się bardzo słaba – dotąd miewam problemy z odkręceniem kartonu z mlekiem, butelki z wodą, wpięciem/wyciągnięciem wtyczki z kontaktu, utrzymaniem w jednej ręce pełnego kubka z kawą
  • brak motywacji, zanik zainteresowań – rysowanie (całe dzieciństwo spędziłam rysując!) czy fotografowanie przestało mi dawać przyjemność, mimo, że tak to kocha(m)łam. Od dawna nic nie narysowałam, czasem, w lepsze dni fotografuję, ale do swoich prac podchodzę z ogromną dozą krytyki. Gdyby nie najbliżsi, to pewnie już dawno wylądowałyby w koszu, ale dzięki nim próbuję wierzyć, że to ma sens, a nawet od czasu do czasu coś opublikuję
  • stan zawieszenia – gdy włącza się tzw. ‚autopilot’, a myślami jestem nie wiadomo gdzie, lub po prostu zastygam w bezruchu, wpatrzona w dal za oknem, lub zwinięta w kłębek pod kocem… wtedy nic wokół mnie nie istnieje
  • obniżony nastrój, smutek, przygnębienie, obojętność, rozpacz
  • myśli i zachowania autodestrukcyjne – ze względu na bardzo osobisty ich charakter, nie chcę się rozpisywać na ten temat – mam nadzieję, że zrozumiecie

Zapewne nie wyczerpałam tutaj katalogu objawów depresji – opisałam tylko te, przez które sama przechodziłam i w dużej mierze nadal przechodzę. Warto zauważyć, że nie zawsze ich występowanie oznacza depresję, dlatego też w celu jej zdiagnozowania należy skontaktować się ze specjalistą. A o tym, czy warto bać się takiej wizyty u lekarza, zapewne już wkrótce ;)

Do następnego przeczytania!